„Złe dawanie”, czyli dlaczego nie warto być ratownikiem

Dawanie i otrzymywanie jest w relacjach związane ze sobą tak mocno jak wdech i wydech. Nie potrafię sobie wyobrazić zachowania w relacji z drugim człowiekiem, które nie pozostawałoby bez reakcji. I nie mam na myśli wyłącznie słów i czynów, ale również brak czynów i postawę.

Wydaje się, że nie ma nic szlachetniejszego niż dawanie. Dawanie jest uważane za dobre, a niedawanie często jest uznawane za egoizm. Problem w tym, że żadna skrajność nie jest dobra, nawet jeśli na samym początku wydaje się dobra. Tak jak nie można jedynie wydychać powietrza, jeśli równowaga pomiędzy dawaniem i otrzymywaniem jest zaburzona, to relacja to pokaże. „Genialnie to zagadnienie ilustruje trójkąt dramatyczny Karpmana. Wierzchołki trójkąta symbolizują trzy role, w które tak często nieświadomie i bezwiednie wchodzimy: ofiara, prześladowca i ratownik. Sam trójkąt zazwyczaj rysowany jest „do góry nogami”, jako stojący na jednym wierzchołku – wierzchołku ofiary. Symbolizuje to z jednej strony stan chwiejności i nierównowagi pomiędzy rolami jak również wynikającą z tej nierównowagi dynamikę pomiędzy rolami.

Ofiara kojarzy mi się z osobą, która została skrzywdzona, która straciła coś w wyniku wrogiego czynu oprawcy. W trójkącie dramatycznym rola ofiary jest szersza w tym sensie, że dynamika relacji w trójkącie często zaczyna się właśnie od ofiary. Ofiarę charakteryzuje stan niemocy i bierności. Osoba, która weszła w rolę ofiary nie potrafi wykorzystać własnych zasobów i własnej siły, swoje potrzeby i pragnienia wyraża nie wprost, a zamiast tego użala się nad sobą i obwinia innych za swój los. Ofiara przyzwala na złe traktowanie, a czasem uważa nawet, że zasługuje na cierpienie. W przypadku wyrafinowanej ofiary, możemy dostrzec w jej postawie szantaż emocjonalny, manipulację, prowokowanie i brak brania odpowiedzialności za siebie.

Jaki sygnał DAJE ofiara? W skrócie: „Skrzywdź mnie”. I niestety często ostatecznie OTRZYMUJE cierpienie. Dlaczego się tak dzieje? Przecież nikt z nas świadomie nie chce zostać skrzywdzony. Na poziomie świadomym chcemy dobra dla siebie i innych. Będąc w roli ofiary szukamy uwagi i pomocy, szukamy ratunku, liczymy na to, że ktoś się domyśli i nas przytuli. Chcemy dobra, ale bez wysiłku wzięcia odpowiedzialności za siebie, albo bez jasnego wyrażenia własnych potrzeb. Tym samym oddajemy poniekąd kontrolę nad swoim życiem drugiej osobie – to druga osoba dostaje od nas niejasny sygnał i to od jej interpretacji zależy co nam odda.

I czasem zdarza się, że w naszym życiu pojawia się ratownik, który w „magiczny sposób” rozpoznaje nasze skrywane potrzeby i nagle nasze życie staje się piękniejsze. Będąc w roli ratownika chcemy natomiast pomagać, wspierać, widzimy potencjał i możliwości jakie ma ofiara. Wystarczy przecież tylko „lekko” to wszystko uporządkować i wówczas życie ofiary odmieni się, a my zasłużymy na chwałę i podziw. Chcemy dobrze i DAJEMY to, czego myślimy, że ofiara potrzebuje. Teoretycznie w takiej relacji obie strony dają to co chcą i otrzymują to czego chcą. Ofiara daje swoim zachowaniem lub postawą ratownikowi sygnał (nie wprost) i otrzymuje pomoc. Ratownik jest spełniony, bo ma się kim opiekować i czerpie z tego dużo satysfakcji. Często filmy i bajki kończą się na tym etapie: księżniczka jest uratowana, a książę czuje się spełnionym mężczyzną.

W życiu jednak relacje podlegają dynamice, a upływ czasu stopniowo zabiera chemię początkowej fascynacji drugą osobą. Gdy działanie hormonów słabnie, na pierwszy plan wychodzi proza życia. Ratownik, który początkowo dawał z wielką chęcią i radością, stopniowo daje mniej, albo oczekuje dowodów wdzięczności za coś, co dotychczas było „normą”. W ofierze niepostrzeżenie wyrosła natomiast wyuczona bezradność: skoro bowiem ratownik o nią dbał, to logicznie zakłada, że to się nie zmieni i będzie trwało. Co więcej, to co ofiara otrzymuje, może jej powszednieć, a więc z jej strony mogą pojawić się wobec ratownika nowe oczekiwania lub nawet roszczenia. Gdy wszystko przybierze na sile, to w którymś momencie jedna z osób, naturalnie przechodzi w rolę prześladowcy. Jeśli w tę rolę wcieli się ofiara, która na przykład czuje, że ratownik nie poświęca się dla niej tak jak kiedyś, to wówczas „wypycha” ratownika do roli ofiary. Równie dobrze, to ratownik – sfrustrowany ciągłym dawaniem – może przejść w rolę prześladowcy.

Patrząc na moją rodzinę, ludzi z pracy, społeczeństwo, przez pryzmat trójkąta dramatycznego, widzę te grupy zupełnie inaczej niż kiedyś. Obraz, który kiedyś był wyraźnie czarno-biały, wypełnia się różnymi odcieniami pokoleniowej szarości. Krzywdy, które są faktami pozostają na tym obrazie czarnymi kropkami, ale tło miesza się i gubi w szarościach. Nie potrafię określić dobrych i złych postaci. Okazuje się, że wszyscy są dobrzy i wszyscy są źli. Wszyscy tańczą ze sobą jak na balu maskowym, co jakiś czas wymieniając się strojami ofiary, kata i ratownika.

Czy można inaczej? Czy można prosić o pomoc wprost, a nie liczyć na to, że ktoś się domyśli i mnie uratuje? Czy można pomagać bez ratowania? Czy będąc atakowanym, albo bojąc się ataku, można znaleźć rozwiązanie inne niż rola prześladowcy? Oczywiście tak.

Mówi się, że najcenniejsze, co możemy dać drugiej osobie, to nasz czas. Dawajmy więc w relacjach przede wszystkim swoją obecność, swoje towarzyszenie, chęć wysłuchania, zrozumienia i poznania. Dając to, mamy szansę na otrzymanie tego samego, co moim zdaniem daje fundament dobrej, zdrowej relacji. Wiedząc, że ratowanie jest szkodliwe dla nas jak i osób ratowanych, nie ratujmy lecz dążmy do wyklarowania oczekiwań drugiej osoby. Oddzielajmy wyklarowanie potrzeby od decyzji o jej spełnieniu. Zauważajmy, że kluczowe jest okazanie zrozumienia i otrzymanie zrozumienia. Że nie tylko nie musimy „więcej”, ale „więcej” może wręcz szkodzić: i nam, i drugiej osobie. Bądźmy uważni na własne granice i nie dawajmy za dużo, bo z roli ratownika jest bardzo blisko do roli prześladowcy. Jeśli zauważamy siebie w którejkolwiek z ról, mówmy o tym i zwracajmy się o pomoc. Wyraźne proszenie o pomoc, proszenie wprost, szczególnie o pomoc profesjonalną, jest bardzo dobre. Gdy ofiara prosi o konkretną pomoc, przestaje być ofiarą.

Sztuką udanej relacji jest wypracowanie wzajemnego rytmu oddychania, w której obie osoby mogą oddychać swobodnie i bezpiecznie. Wdech i wydech jest w takiej relacji dawaniem i otrzymywaniem. I nie chodzi też o to, żeby było zawsze „po równo”. Czasem ktoś może złapać zadyszkę i oddychać głośno i zachłannie, a czasem może mieć płytki i wręcz niezauważalny oddech. Dawanie przestrzeni na różne rodzaje oddechu, włącznie z oddechem nieświeżym, to na pewno wyzwanie. Budowanie bezpiecznej przestrzeni do wspólnego oddychania, daje jednak szansę na budowanie bliskości i dlatego jest to trud wart poniesienia. Dajmy więc tę szansę… przede wszystkim sobie.

ROZWIJAJ SIĘ ZE MNĄ I OSOBAMI PODOBNYMI DO CIEBIE
kliknij by poznać szczegóły

 

 
Photo by xlordashx on Foter.com / CC BY

Podobał Ci się artykuł? Podziel się nim ze znajomymi 🙂

2 thoughts to “„Złe dawanie”, czyli dlaczego nie warto być ratownikiem”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *