Uciekasz przed bliskością? Czy jesteś jak Adele?

Dzisiaj piszę o moich projekcjach na temat osób po drugiej stronie barykady miłości. O osobach, które równie jak my, kochający za bardzo, nie potrafią wejść w bliskość. O osobach, które paraliżuje lęk, które mogą jedynie patrzeć jak osoby, które je kochają (za bardzo), odchodzą z ich życia. A one zostają zupełnie same, żyjąc przeszłością, bezustannie rozmyślając co by było gdyby, szukając siebie tam, gdzie ich nie ma. Piszę też o tym, że osoby kochające za bardzo, są jednocześnie osobami unikającymi bliskości. Że to wszystko pasuje, nakręca się wzajemnie i wiruje.

Kto tu jest winny?

Historie filmowe pokazują nam romantyczny świat, w którym przystojny mężczyzna walczy o swoją piękną ukochaną i ocala ją. Innymi słowy kochający za bardzo, ratuje unikającą bliskości i w tym momencie zaczyna się ich piękna, wzruszająca historia. Motyle w brzuchu i chwile uniesienia. Wydaje mi się, że na początku wielu z nas myśli, że jest kochającym za bardzo. Ja tak w każdym razie chcę siebie widzieć. Ale czy tak jest na pewno, czy to jedynie moja subiektywna ocena? Mogę sobie przecież przypomnieć momenty z mojej historii, gdy uciekałem przed bliskością. Były to chwile dla mnie straszne. Nie wiedziałem co począć, byłem zblokowany, wręcz sparaliżowany. Czułem się wówczas jak w potrzasku. Widziałem, że druga osoba cierpi, a ja byłem niezdolny do wszelkiego działania.

Z perspektywy czasu potrafię to nazwać: unikałem bliskości. Nie potrafiłem poradzić sobie ze swoimi lękami i ograniczeniami i trwałem w nieobecności, albo po prostu uciekałem. Nie potrafiłem wejść w swoje lęki i wyrazić siebie. Rola kochającego za bardzo jest mi bliższa, bo daje mi większy potencjał do działania. Mam jednak pełną świadomość, że równie bardzo jak gonię za bliskością, tak z równą siłą potrafię jej unikać. Mam na dzisiaj świadomość że poziom lęku przed bliskością lub lęku przed odrzuceniem jest u obu partnerów bardzo podobna.

W związku jest tak, że stopniowo się poznajemy, pokazujemy kolejne swoje warstwy. Na początku towarzyszy nam euforia i pierwsze warstwy idą gładko. Ale z czasem natrafiamy na warstwę, która staje się problematyczna. Ta warstwa określi role, które przyjmiemy: kochającego za bardzo czy uciekającego przed bliskością. Żadna ze stron nie jest  w tym tańcu ani lepsza, ani gorsza. Żadna nie jest dobra, żadna nie jest zła. Ja z natury rzeczy jestem osobą działającą, więc być może stąd moje przeświadczenie, że mam skłonność do wchodzenia w rolę kochającego za bardzo. Ale są też obszary, w których unikam bliskości. Jestem i taki, i taki.

Zrozumienie tego jest moim zdaniem kluczowe, żeby skupić się nad rzeczywistym problemem, który testuje związek: lękiem przed bliskością. Gdy zrozumiałem, że to ważna kwestia, zrobiło mi się lżej. Niewiadome stało się wiadome (przynajmniej po części) i przestało być aż tak straszne. Mogłem postanowić czy chcę wejść w swój lęk czy nie. Mogłem dostrzec, że problemy wokół związku są jedynie tematem zastępczym. Owszem, ten temat zastępczy czasami jest gigantyczny. Trudno mówić o bliskości, gdy jedno z partnerów pije, zażywa narkotyki czy zatraca się w hazardzie. Ja akurat tak wielkiego problemu nie miałem. Widzę jednak, że ucieczki na mniej toksycznym poziomie niż te wskazane, są w bardzo wielu relacjach chlebem powszednim. A gdy temat zastępczy znika, to albo wraca praca nad bliskością… albo pojawia się nowy temat zastępczy. Tematem zastępczym może być niemal wszystko: praca, oglądanie telewizji, gry komputerowe, a nawet sport.

Zrozumienie daje mi siłę do wchodzenia w mój lęk przed bliskością. Niezależnie od tego jak siebie oceniasz: czy jako osobę szukającą bliskości, czy uciekającą od niej, mam nadzieję, że dostrzeżesz swoją odpowiedzialność. Zanim przejdę do Adele, chcę nadmienić, że jako osoba (z reguły) kochająca za bardzo, mam na przykład skłonność do zalewania sobą drugiej osoby. Mówię o tym by jeszcze raz podkreślić, że żadna strona nie jest ani dobra, ani zła. Bo przecież na przykład zalanie szczodrością może być dla drugiej osoby bardzo obciążające. Gdy dajesz człowiekowi szklankę wody na pustyni, to ratujesz mu życie, ale gdy wlewasz mu do gardła wiadro wody, to możesz go utopić.

Każda strona jest dokładnie taka jaka powinna być. Ani dobra, ani zła. Jest i dobra i zła. Gdy uda nam się przyjąć siebie i drugą osobę takich, jakimi jesteśmy i zbudować związek z uwzględnieniem zalet i ograniczeń obojga, to mamy szansę na coś, co zaczyna być na tym świecie jak jednorożec: na zbudowanie i doświadczenie bliskości. A bliskość, to moim zdaniem najlepsza rzecz na tym świecie. I w tym duchu piszę artykuł komplementarny względem poprzedniego: Kochasz za bardzo? Poznaj 7 kroków do…

Przeszłość Adele

Uwielbiam wrażliwość Adele. Bardzo mnie porusza sposób w jaki śpiewa. Jednym z moich ulubionych utworów jest: „Someone like you”. Ten utwór towarzyszy mi od dłuższego czasu. Co jakiś czas wraca i uruchamia we mnie myślenie o sensie związków. Dodam, że nigdy nie interesowałem się życiem prywatnym Adele i piszę wyłącznie poprzez pryzmat wykonywanego przez nią utworu. Jak to piszę, to pojawiło się w mojej głowie marzenie, żeby się z nią spotkać i skonfrontować to, co napisałem z tym co Adele faktycznie przeżywała. Życie już nie raz mnie zaskoczyło, więc kto wie…

Mam projekcję, że Adele dokładnie wie i głęboko czuje to, o czym śpiewa. Ten utwór jest dla mnie metaforą niezbyt konstruktywnego sposobu na zakończenie rozdziału życia (a właściwie jest to dla mnie „wieczne niezakończenie”). Adele z jednej strony „na głowę” wie, że kończy się pewien rozdział jej życia i że w przyszłości spotka podobnego partnera. Jednocześnie jednak przeżywa to, co miało miejsce. Odbieram smutek, żal, niemoc, bezsilność. Mam wrażenie, że bardzo chciała bliskości z tytułowym mężczyzną, ale nie dała rady. Jej lęki były zbyt silne. Adele wycofała się, nie potrafiła. Poprzez utwór wysyła do świata sygnał, żeby pamiętał o ich miłości. Być może chce by świat jej żałował, żeby zatrzymał się przy niej i ją wsparł. Żeby ją przytulił. Bo ona widocznie nie była w stanie dać miłości swojego życia tego, czego on potrzebował.

Ale czy na pewno? Ja mam projekcję, że ona (podobnie jak jej partner) pozostała w chmurze iluzji, że nie pokazała się swojemu partnerowi prawdziwie, że nie zrobiła swoich 50%, lecz z uwagi na swój lęk przed bliskością i lęk przed odrzuceniem zrezygnowała z działania. Uznała, że tylko by się skompromitowała. Być może miała ku temu jakieś konkretne powody.  Być może coś się wydarzyło, coś „złego”. To bardzo prawdopodobne. Być może dlatego Adele nie zrobiła nic, aż jej były znalazł nową partnerkę. I dopiero wtedy nagrała ten utwór. I to powoduje, że Adele znowu odpływa w fantazjowanie, zamiast zrobić coś z własnym życiem. Z drugiej strony być może ten utwór sprawił, że coś zrozumiała, że wyciągnęła lekcję? Tego nie wiem i dlatego nie chcę oceniać Adele jako człowieka. Szczególnie, że tak jak pisałem powyżej, sam bywam jak Adele. Chcę jednak pokazać na jej przykładzie jak gubimy się we własnych emocjach. Nie tyko jako kochający za bardzo, ale też jako unikający bliskości.

Nie mam wątpliwości, że Adele śpiewa o miłości swojego życia. Teoretycznie zrobiłaby dla niego wszystko na świecie. W praktyce jednak nie zrobiła. Patrzyła jak odchodzi i nic z tym nie zrobiła, a może nawet sama podjęła decyzję, żeby odejść, żeby uniknąć cierpienia. I miała do tego oczywiście prawo. Miała też prawo by wyrazić swój żal po tym, jak mężczyzna jej życia się ożenił z inną kobietą. Pytanie jest jednak takie: czy chcesz być jak Adele?

Zawartość nie jest dostępna
Jeżeli wyrażasz zgodę na używanie plików cookies, kliknij w przycisk "Akceptuję"

To jest takie trudne…

Na początku, gdy w życiu Adele pojawia się mężczyzna, jest zachwycona. Ma nadzieję, że to w końcu miłość jej życia. Ale jednocześnie nie do końca potrafi brać za siebie odpowiedzialność i w którymś momencie relacji wchodzi w rolę dziecka, w układzie opiekun-dziecko. Jej partner wie, że ona ma deficyty, wie że potrzebuje czasu, wie ile przeszła i ile ją to kosztowało. Kocha ją. Kocha ją za bardzo. I wchodzi w rolę opiekuna. Nie widzi, że zabiera w ten sposób Adele szansę na wzięcie odpowiedzialności za jej życie. I nie widzi, że sam sobie też robi krzywdę. Adele z kolei nie widzi co się dzieje. Jest zachwycona nowym związkiem. Dopamina przekracza stany alarmowe. Zatraca się. Wreszcie jest jej dobrze. Wreszcie jest tak jak zawsze chciała: spokojnie i bezpiecznie. Chce by to trwało na wieki. Niech już nic się nie zmienia.

I Adele zostaje w tym stanie. Jest jej tak dobrze, że unika zmian, boi się ich. Uznaje, że zmiany są niebezpieczne, że zagrażają jej wymarzonemu związkowi. Jest jeden problem: bliskość. Bliskie jej osoby, skrzywdziły ją w przeszłości. Bliskość kojarzy jej się z zagrożeniem. Ktoś kto jest za blisko, może skrzywdzić. Lepiej jest się więc ukryć. Lepiej nie pokazać swoich słabości. Jak nie będzie wiedział gdzie uderzyć, to nie będzie bolało. Nie chce by ją bolało. Nie chce już na to pozwolić. Obiecała sobie przecież, że nigdy więcej na to nie pozwoli.

Czas płynie. Adele nie wyobraża sobie życia bez mężczyzny, którego spotkała. Nie potrafi sobie wytłumaczyć jak mogła żyć bez niego. Ale też jednocześnie narasta w niej lęk. Co ona może mu dać? On jej daje i daje. Nieważne, że może ona tego nie potrzebuje. On chce za wszelką cenę sprawić, że Adele będzie szczęśliwa. I Adele początkowo jest szczęśliwa. Jest jej z tym dobrze. Czasem tylko zastanawia się, co ona może mu zapewnić, skoro on ma więcej niż potrzebuje? Gubi się w myślach, że nie potrafi mu dać czegoś wartościowego. A on z kolei nie prosi.

W pewnym momencie Adele zaczyna myśleć, że gdyby jej partner dowiedział o tym co myśli i przeżywa, to uciekłby od niej. Nie może na to pozwolić. Nie widzi tego, że kochając ją za bardzo, on pozwala by ona się domyśliła, że on na nią czeka. Wariactwo, co? Jednocześnie jednak nie stawia jej granic, nie wyciąga konsekwencji. Przyzwala, by go źle traktowała. Uznaje, że Adele nie potrafi. Oboje żyją w lęku przed bliskością. I ten lęk narasta. Adele drży coraz bardziej, napięcie rośnie. Jej partner zaczyna ją dociskać, coraz częściej się kłócą. Żadne jednak nie wchodzi w swój lęk przed bliskością. Oboje przerzucają się jedynie odpowiedzialnością.

Czas płynie. Partner teoretycznie szuka bliskości, bo przecież daje to co może dawać, ale Adele ponosi coraz większe koszty izolacji. Oboje ponoszą. Rozmowy stają się płytsze. Adele udaje, że jest ok. Bardzo chce wierzyć w to, że może być kochana. Ale też jednocześnie nieświadomie zaczyna odsuwać się od partnera. Coraz częściej ma sprawy do załatwienia, rozmowy z innymi, albo po prostu potrzebuje czasu dla siebie. Nie widzi, że broni się przed bliskością. Tak bardzo jej chce i pragnie, ale gdy ma ją na wyciągnięcie ręki, to nie potrafi jej chwycić. A partner z kolei żyje w iluzji, że goni za bliskością, zamiast po prostu wejść w swój własny lęk przed bliskością i zobaczyć co się stanie. Woli jednak przerzucić odpowiedzialność na Adele, woli umyć ręce i bezwiednie wykonywać rolę opiekuna (często nieświadomie).

Partner goni Adele, ale nie potrafi rozwiązać sytuacji. Sam ma braki. Sam się gubi. Nie mówi o tym, by nie okazać słabości, chce być dla niej silny. Nie potrafi do niej dotrzeć. Chce bliskości, ale nie potrafi tego nazwać. W rzeczywistości nie potrafi być blisko, tak samo jak Adele. Miota się. Myśli, że jak rozwiąże problem tematu zastępczego, to Adele dostrzeże jak mocno ją kocha i w magiczny sposób bliskość nad nimi zaświeci. Nie dostrzega bezsensu swoich działań. Nie zauważa, że nie potrafi zadbać o samego siebie. Nie potrafi powiedzieć Adele, że też potrzebuje opieki, że jej niektóre zachowania ranią go. Że mógłby na nią czekać 10 lat, ale zyskuje świadomość, że czas niewiele zmieni. Zyskuje świadomość, że ją traci, ale lęk nie pozawala mu wycedzić żadnego słowa. Adel czuje jak mężczyzna jej życia rezygnuje z niej. Jak zaczyna odpuszczać. Robi projekcje, że nie zależy mu już na niej tak bardzo jak na początku. Zaczyna schizować, że to już niebawem się zakończy. Że znowu zostanie sama, że nie nadaje się do normalnego związku, że nie potrafi być szczęśliwa. Zaczyna okopywać się w roli ofiary. Prowokuje by mężczyzna jej życia, zrezygnował z niej, by skrzywdził ją jak jej poprzedni partnerzy. Rozważa też czy nie będzie lepiej, żeby samej to wszystko zakończyć. Uniknęłaby w ten sposób upokorzenia. Ostatecznie nie robi jednak nic. Poddaje się. Niech będzie, co ma być…

Konsekwencje

Na samą myśl o konsekwencjach, Adele ma odruch wymiotny. Ludzie z jej otoczenia mówią jej, że powinna wziąć odpowiedzialność za swoje życie, że powinna się ustatkować. Ale przecież jej uczucia są prawdziwe, a jej lęki tak realne. Oni nie rozumieją, że ona chce uniknąć błędów z przeszłości. Zresztą, jak ma walczyć o miłość, skoro nie potrafi? Przecież tak bardzo boi się wchłonięcia i wykorzystania. Ma może nawet poczucie, że nie rozumie samej siebie. Mocno broni swoich granic, bo przecież partner chce je przekraczać, napiera na nią. Ale czy to są granice czy raczej mur, którym zaczyna się od niego odgradzać? Projektuje, że jej partner nic nie rozumie, że ona po prostu nie potrafi go wpuścić w jej świat. Ona taka po prostu jest i jej partner powinien ją taką przyjąć. Wzbiera w niej złość. Zarzuca mu, że to jego wina, że to on najpierw podstępnie wszedł w jej świat, zaczął się w nim panoszyć, że to wszystko on sprowokował. Zaczął jej dawać, ale tylko po to by zabrać to co jest dla niej najcenniejsze. To, czego nie chce oddać nikomu. To, co należy wyłącznie do niej: jej niezależność i bezpieczeństwo. Nie ma jednak świadomości tego, że po prostu panicznie boi się bliskości. I że cały czas gra w trójkącie z lękiem przed bliskością i lękiem przed odrzuceniem. I że robi dokładnie to samo co jej partner, który poprzez dawanie i nadskakiwanie ucieka od swoich własnych lęków i samego siebie.

Jak walczyć jak się nie potrafi walczyć?

Partner Adele walczy o nią. Robi coś. Analizuje. Wyciąga wnioski. Działa. Nieważne, że to wszystko jest bezsensu. Ludzie widzą, że robi i go chwalą, a ją potępiają. Adele czuje jego złość i u niej też wzbiera złość do niego. Jego próby coraz bardziej ją wkurzają. CZUJE, ŻE ONA NIE JEST JAK ON. Czuje, że ona nie potrafi. I jaka w ogóle walka? Co to za bzdura z tym słowem? Czy naprawdę nikt nie może tego zrozumieć? Przecież ona chce tylko świętego spokoju, chce ochronić siebie, a nie walczyć. Zamyka się w sobie. Izoluje. Niech to już się skończy. Krzyczy: „Niech już mi wszyscy dadzą święty spokój!”

Czy Adele może coś zrobić? Jak ma walczyć skoro nie potrafi walczyć? Czym jest walczenie, skoro ona nie chce walczyć. Ona przecież tylko dba o siebie. Kto inny ma ją pokochać i dać jej bezpieczeństwo jak nie ona sama? Czy ma zrezygnować z siebie i poddać się naporowi partnera? Kiedyś już to przecież robiła i zawsze kończyło się tak samo: została wykorzystana.

ALE jednak Adele może coś zrobić. Podobnie jak jej partner, ona również może wejść w swoje lęki. Może wykorzystać ten moment w związku, żeby pokazać się wyraźnie partnerowi. Może wywalić mu całą prawdę o sobie. To wszystko czego mu nie mówiła. Może mu powiedzieć, że jest przerażona bliskością i tak bardzo boi się jego odrzucenia, że jest go w każdej chwili gotowa porzucić. Może mu powiedzieć, że prowokuje go, by teraz ją odrzucił i że chce, żeby poczuł się winny. Może powiedzieć czego chce, czego pragnie, czego oczekuje i czego potrzebuje.

Jeśli nie jest świadoma tego wszystkiego, to „wystarczy”, że powie to co wie na dzisiaj. Wystarczy, że mu powie co czuje, że chciała dobrze, ale wyszło jak zwykle. Wystarczy, że stanie przed nim w prawdzie i opowie ze szczegółami co to znaczy. Pokaże się cała naga. Wystarczy, że da mu szansę zdecydować czy ją odepchnie. Zdaję sobie sprawę, że być może moje „wystarczy” dla Adele jest czymś poza jej zasięgiem, ale tak jak kochający za bardzo mają szansę zrobić swoje 50%, tak uciekający przed bliskością też taką szansę mają. Jedyna droga, to wejście w swój lęk. Dla obojga.

Egocentryzm

Nie wiem oczywiście ile jest egocentryzmu w Adele, ale chciałbym zwrócić uwagę na ten aspekt. Wyobrażam sobie, że Adele mogła mówić swojemu partnerowi: „Ja już tak mam i nic tego nie zmieni”, albo „Nie potrafię inaczej”. Mogła też uderzać w słabości swojego partnera, by wzbudzać w nim poczucie winy, a tym samym oddalać od siebie „zagrożenie” polegające na tym, że ona również ma problem. Osoby egocentryczne zazwyczaj nie widzą swojej winy. Winę ponoszą „inni”. Na początku związku „inni” to zwykli ludzie, rodzina, znajomi. W którymś momencie przychodzi jednak moment, w którym to najbliższa osoba dla egocentryka staje się „innym”. W tym momencie cała złość i frustracja za wszystkie niepowodzenia, zostaje przelana na bliska osobę. Często bliska osoba jest wówczas w głębokim szoku. Nie rozumie jak to się mogło stać. Przecież wszystko było super. Jeszcze niedawno pomiędzy nimi było coś co można byłoby nazwać bliskością, a nagle świat się wali.

Jeśli masz problem z egocentryzmem, to rozumiem, że to jest trudna sprawa. Do tej pory świat albo dawał Ci to, co chcesz, albo był skreślany. W związkach i relacjach możesz postępować podobnie: dostaniesz to czego akurat pragniesz, albo związek się kończy. Rozumiem, że ta zasada może działać bardzo długo. Niektóre osoby „ślizgają się” tak przez całe życie i teoretycznie dobrze na tym wychodzą. Ale wiem też, że ponosisz olbrzymie koszty emocjonalne tego stanu rzeczy.

Zdrowy związek polega na tym by czasem iść na kompromis, czasem rezygnować z siebie. Rozumiem, że masz tak, że nie potrafisz. Super, jeśli widzisz to u siebie i akceptujesz ten stan rzeczy. Ale to stan na dzisiaj i od Ciebie zależy czy tak zostanie na zawsze. Wszystkiego da się nauczyć. Osoby z drugiego bieguna muszą pracować nad tym, by nauczyć się troszczyć o siebie. Muszą nauczyć się brać. Gdy nauczą się brać, to zyskują. Twoja nauka polega natomiast na tym, żeby… tracić. Musisz nauczyć się oddawać to, co dla Ciebie cenne i być może nie dostaniesz za to nic w zamian. Wybór należy do Ciebie. Ja mogę Ci powiedzieć, że gdy wejdziesz na tę drogę i wytrwasz to z czasem dostrzeżesz, że być może Ci się to nie opłacało (bo realnie dostajesz mniej niż w przeszłości), ale było warto. A nagrodę zobaczysz w oczach bliskiej Ci osoby. Z czasem poczujesz, że dawanie jest wielką przygodą życia. I w fajnym, zdrowym związku dawanie i branie powinno się przeplatać. Każdy ma swoje ograniczenia i nie jest zupełnie samowystarczalny, a więc czegoś potrzebuje. W jakimś sensie nasze braki tworzą dla drugiej osoby „okazje”, by mogła coś od siebie dać. A z drugiej strony mamy swoje mocne strony – mamy czegoś więcej niż druga osoba, a więc mamy co oddawać. Owszem, to czasem oznacza, że nam zostanie mniej, ale ja uważam, że warto.

Co dalej?

Załóżmy, że Adele rozważa wejście w swój lęk i powiedzenie mężczyźnie swojego życia, o całej swojej prawdziwej naturze. O zakurzonych faktach z jej historii i jej wspólnego życia. Może mieć wówczas obawy, że to i tak nic nie zmieni. Że to i tak nic nie da. Że jest za późno. Może zrezygnować. Może odpuścić. Ma oczywiście takie prawo. Podobnie jak kochający za bardzo.

Ale właśnie tak jak osoba kochająca za bardzo ma szansę na rozwój w kryzysowej sytuacji (o czym pisałem tutaj: Kochasz za bardzo? Poznaj 7 kroków do…), tak Adele też ma swoją szansę. Może wejść, na ile potrafi w swój lęk przed bliskością. Może pokazać to, co ukrywała przez lata. Może wystawić na poranienie to, co kiedyś tak mocno zostało zranione. Może zaryzykować kolejne zranienie. I nikt jej nie zagwarantuje, że nie zostanie zraniona.

Być może Adele nie rozumie jednej rzeczy: że to nie chodzi o jej partnera. To chodzi o nią. Brak działania, które polegałoby w zasadzie na wyraźnym pokazaniu się, jest niebraniem odpowiedzialności za siebie. W obawie przed konsekwencjami, Adele z góry zakłada porażkę i nie tylko traci partnera. Traci znacznie więcej. Traci szansę na swój własny rozwój. Utrudnia to też jej późniejsze życie, bo często to wszystko rozpamiętuje i daje temu wyraz poprzez utwór „Someone like you”. Bo jak zamknąć rozdział z brakującym paragrafem?

Ja w jakimś sensie korzystam na tym, że Adele postąpiła jak postąpiła (pamiętaj, że tak tylko sobie projektuję). Bo gdyby Adele postąpiłaby bardziej dojrzale, być może nie miałbym możliwości wysłuchania tego cudownego utworu. Być może potrzebowała tego doświadczenia, żeby się otworzyć i pokazać swoje wewnętrzne piękno poprzez muzykę. Nie ma przypadków. Cieszę się, że Adele odnalazła się w śpiewie i chociaż w ten sposób po czasie pokazała ile znaczyła dla niej ta relacja. Mam też jednocześnie w sobie trochę żalu, że się nie dogadali i że nie mieli szansy zbudować bliskości, której bez wątpienia tak bardzo pragnęli.

Jeśli łączy Cię dużo z „moją wersją Adele”, to chcę Ci powiedzieć, że moim zdaniem kluczowe jest pozostanie w zgodzie ze sobą. Nic na siłę. Postaraj się nie ulegać presji wytwarzanej przez kochającego za bardzo. Gdy dasz się docisnąć do ściany, nic z tego nie będzie. Zyskaj przestrzeń, odetchnij, pogadaj z ludźmi, otwórz się na zobaczenie Waszego związku z dystansu. Zobacz jak inni Cię w nim widzą. Miej pokorę, żeby przyjąć to, co ludzie Ci mają do powiedzenia. I potem zdecyduj, na co masz gotowość.

Jeśli znajdziesz w sobie odwagę do pokazania siebie wyraźnie, na pokazanie swojej perspektywy i rzeczy, które w sobie masz, to chcę Ci powiedzieć, że to jest najlepsza rzecz, którą możesz dla siebie zrobić. Niezależnie od tego co druga osoba z tym zrobi. I nawet samo przyznanie się do tego, że nie masz odwagi do konfrontacji jest już postępem. W każdym razie dla mnie. Bo to już jest wejście w lęk. To przestaje być kalkulacja, a zaczyna być prawdziwe życie. Udowadniasz sobie tym faktem, że potrafisz wchodzić w swój lęk i wyrażać swoje emocje w kryzysowych sytuacjach.

Oczywiście życie się na tym nie kończy, lecz zaczyna. Związek to zobowiązania, kompromisy i czasem rezygnowanie z siebie. Jeśli masz z tym problem, to będzie Cię czekało dużo pracy. Jednak jeśli Twoja miłość przyjmie Cię z tym wszystkim, jeśli to uznacie za swój „nowy początek”, to czy to nie będzie dla Ciebie wyjątkowe? Czemu nie dać drugiej osobie szansy na przyjęcie Ciebie w prawdzie na dzisiaj? W nagości i bezbronności? I po prostu otworzyć się na perspektywę, że ktoś może Cię przyjąć na dzisiaj bez żadnego upiększania. A jeśli nie przyjmie to w zasadzie też zyskujesz. Zyskujesz pewność, że rozstajesz się z drugą osobą z uwagi na różnice pomiędzy Wami, a nie ze względu na niewypowiedziane obawy i sferę kalkulacji i domysłów. Widzisz to?

Oczywiście, że to jest trudne, ale jest wykonalne. Wszystko zależy od Ciebie.

A co jeśli nie będzie happy endu?

A co jeśli druga osoba Ciebie nie przyjmie z tym co masz na dzisiaj? Rzecz jasna tak może być. Może to oznaczać wiele rzeczy, ale nie jest to na teraz tak ważne (zajmiemy się tym w kolejnym artykule, więc zapisz się na newsletter by dostać powiadomienie). Na teraz jest ważne, że robisz krok do przodu – dla siebie. Pokazanie siebie, może być w sobie głębokim i trudnym przeżyciem, ale też mocno oczyszczającym. Te wszystkie ukrywane myśli i emocje nie będą już w Tobie. Być może druga osoba tego nie wytrzyma, nie będzie na tyle dojrzała, nie będzie gotowa, ale zauważ, że to było działanie na rzecz Ciebie i związku. Robisz tym samym swoje 50%. Pokazujesz drugiej osobie, że jest najważniejsza, bo jedynie do niej masz na tyle zaufania, żeby to wszystko powiedzieć. Przede wszystkim jednak udowadniasz sobie, że podejmujesz zobowiązanie do bycia w związku w prawdzie. Udowadniasz sobie, że potrafisz wziąć na siebie ciężar odpowiedzialności w związku. Na tę chwilę.

Być może dopiero kolejne rozmowy pokażą Wam więcej o sobie, być może trzeba będzie zacząć rozmowy o Waszych niezaspokajanych potrzebach, być może druga osoba też potrzebuje stanąć w prawdzie, bo zapędziła się tak w uzyskaniu czegoś od Ciebie, że zapomniała, że też ma swoje za kołnierzem. To, co jest do zrobienia, pokaże się jednak dopiero po tym jak się wyraźnie pokażesz. To jest Twoje 50%, to jest Twoja robota do zrobienia. Nie bądź jak Adele i nie śpiewaj do świata, że wyłącznie przyglądasz się jak Twoja miłość odchodzi. Wywal drugiej osobie to, co masz ochotę wywalić do świata. Bo świat ma to gdzieś. A druga osoba nie. Nie projektuj więc tego, co czuje i myśli druga osoba. Nie bądź jak ja projektujący życie i emocje Adele. Nie bądź jak ja w tym artykule. Nie snuj jak ja szeregu założeń, domysłów, schiz, projekcji i całego tego syfu! Bo to fikcja. To iluzja. To tylko słowa. Ważne jest to, co faktycznie robisz. Na ile wchodzisz w swoje lęki. Stań zatem w prawdzie i zobacz co się stanie. Dzięki temu zrobisz krok w stronę najlepszego, co jest na tym świecie i czego tak bardzo Ci brakuje: bliskości.

Odwagi.

PS. Polecam Ci też artykuł na temat zamykania rozdziałów, uznawaniu nieodwracalności, emocjach, wyciąganiu doświadczenia i wybaczaniu. Jest tutaj: Czy rozstanie to na pewno koniec związku?

ROZWIJAJ SIĘ ZE MNĄ I OSOBAMI PODOBNYMI DO CIEBIE
kliknij by poznać szczegóły

 

 
Photo on Foter.com

Podobał Ci się artykuł? Podziel się nim ze znajomymi 🙂

2 thoughts to “Uciekasz przed bliskością? Czy jesteś jak Adele?”

  1. Rzeczywiście jest duże powiązanie między ludźmi uciekającymi od bliskości a kochającymi za bardzo. Fajnie że zwróciłeś na to uwagę, wcześniej te dwie postawy stawiałem jak skrajne bieguny które nie mają z sobą wiele wspólnego. Bo ja uciekam przed bliskością chyba właśnie dlatego żeby nie być tym kochającym za bardzo, podświadomie czuję że mógłbym nim być gdybym się miał zaangażować i tego się boję. Że się w tym zatrace, że utracę swoją tożsamość, niezależność, że wyjdę na głupca inwestując zbyt wiele po to by w zamian otrzymać oziębłość, lekceważenie, śmiech, szyderstwo ze swojej naiwności, pobłażliwość, odrzucenie. Że zostanę do cna wyeksploatowany i wykorzystany – to samo z siebie oczywiście nie przychodzi tylko wynika z różnych negatywnych doświadczeń z przeszłości. Jedni więc dążą do bliskości a drudzy boją się to robić a chodzi o jeden i ten sam skutek: przeinwestowanie. Dlatego raz jeszcze pojawia się to słowo klucz: równowaga. Daję, inwestuję więc oczekuję rewanżu. Jeśli go nie otrzymuję, to wstrzymuję inwestycję i komunikuję otwarcie drugiej osobie dlaczego. Żądam od niej tego żeby się ogarnęła. A jeśli nie ma odpowiedzi w postaci jej konkretnego działania to odpuszczam i szukam kogoś innego. Ten bilans musimy mieć chyba cały czas w głowie, i ktoś może powiedzieć że to cyniczne podejście ale dla mnie ten ktoś mówi to tylko dlatego że ukraca mu się w ten sposób jego zapędy do manipulowania ludźmi i żerowania na nich. Prowadzenie bilansu opartego na faktach a nie deklaracjach jest zdrowe. Daję tyle ile dostaję. Jeśli dostaję za mało to szukam dalej. Trzeba być wobec innych jak lustro, niech się w nim przeglądają, niech sami widzą w nim efekty swojej bierności, niech dostrzegą przestrzeń dla siebie do podjęcia inicjatywy. Ze swoim problemem muszą się uporać sami i nigdy nie na siłę. Muszą sami poczuć że kochają i nie mogą się czuć jak w potrzasku zaglaskiwane na śmierć. Dawacze muszą nauczyć się dawać tylko trochę i warunkowo – z obietnicą na więcej jeśli tylko sami coś otrzymają w zamian. Do tanga trzeba dwojga. Równowaga to podstawa dla zdrowej relacji, trzeba tylko mieć ją zawsze w głowie. Zresztą jak się będzie zachowywać dbałość o szacunek do samego siebie i odpowiednią miarę dla swoich potrzeb, to powinno to przychodzić naturalnie samo. A tak nawiasem mówiąc końcówka tego artykułu z tym: „nie bądź mną schizujacym o Adele” to moim zdaniem majstersztyk!

    1. Dziękuję za świetny i obszerny komentarz! 🙂 Istotnie, na którymś etapie uświadamiamy sobie, że jesteśmy i tacy i tacy. I za bardzo kochamy i za bardzo unikamy bliskości. Jeśli ktoś jeszcze widzi tylko jedną stronę, to pewnie z czasem zobaczy i drugą. Tak to trochę jest z tą biegunowością, że żeby wyjść z jednego bieguna to często wskakujemy na drugi. A dopiero potem, jeśli mamy zapał i odwagę, to kalibrujemy się do środka – do równowagi, o której piszesz. Także całkowicie przyjmuję Twój komentarz i dziękuję za zwrócenie uwagi na końcówkę artykułu. Bardzo mi jest miło 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *