Relacje w rytmie covid-19

Jest 18 kwietnia 2020 roku. W Polsce potwierdzono 8563 przypadków zakażenia koronawirusem. Pierwsze zachorowanie odnotowano 4 marca i od tamtego czasu wiele się w naszym kraju zmieniło. U mnie też. Podobnie jak wiele osób w Polsce pracuję z domu, co bardzo wpłynęło na mój codzienny sposób funkcjonowania. Znacznie częściej widzę twarze domowników, zaś twarze współpracowników i znajomych mam szansę zobaczyć jedynie na ekranie komputera. Ponadto, dzięki temu, że nie wszyscy są cały czas podłączeni do Internetu, mój dzień urozmaicają liczne rozmowy telefoniczne.

Pomimo tego, że w ciągu dnia mam dużo pracy, zauważam u siebie, że moje życie uprościło się. Prawie nie jeżdżę samochodem, nie wychodzę poza dom, liczba dotychczasowych „pozaetatowych” aktywności diametralnie spadła. Okoliczności sprawiły, że tempo mojego życia spadło. A wszystko wydarzyło się bardzo szybko.

Wydawałoby się, że nie tak dawno, bo 13 marca, wracałem samolotem z podróży służbowej. Po wylądowaniu, na pokład samolotu weszli żołnierze i zmierzyli wszystkim pasażerom temperaturę. Na szczęście nikt nie miał gorączki i wszyscy mogli pojechać do domów. Wieczorem  okazało się, że miałem jeszcze więcej szczęścia, bo weszło w życie rozporządzenie mówiące o tym, że wszystkie loty począwszy od 15 marca, zostają zawieszone. W tym samym czasie mój pracodawca dostosował się do zaleceń epidemiologicznych, ograniczył pobyt w biurze dla większości pracowników i od poniedziałku pracowałem już z domu.

Niemal z dnia na dzień trafiłem do nowej rzeczywistości. Dzięki temu, że nie musiałem wstawać wcześniej po to, by omijać korki, zacząłem lepiej się wysypiać. Pomimo intensywnej pracy zauważyłem, że doświadczałem mniej stresu i czułem jak stopniowo zwalniam. Owo spowolnienie było widoczne w wielu sprawach, włączając w to nawet moją garderobę: rzeczy, które zakładałem „do wyjścia” zastąpiłem polarem i wygodnymi dżinsami. Z uwagi na spotkania służbowe z użyciem kamerki internetowej nadal się goliłem, ale i tak robiłem to rzadziej niż wcześniej.

Wczoraj, 17 kwietnia, na spotkaniu internetowym, jedna ze znajomych osób powiedziała: „Denerwuje mnie to, że nie wiem ile ta aktualna sytuacja jeszcze potrwa. Ta niewiedza jest najgorsza”. Te słowa uświadomiły mi, że myślę inaczej: że wiem jak jest teraz i wiem, że nie wiem co przyniesie przyszłość. I w tym sensie, pomimo tego, że okoliczności zupełnie się zmieniły, to niczym się to dla mnie nie różni od sytuacji z lutego tego roku. Wówczas również wiedziałem, że nie wiem co przyniesie przyszłość. Tak jak wtedy nie przewidziałem koronawirusa, tak teraz nie przewidzę jego końca.

Oczywiście liczba zmian, które gwałtownie pojawiły się w moim codziennym życiu, jest bardzo duża. Absolutnie tego nie bagatelizuję. Jednocześnie jednak zauważam, że bardzo szybko adaptujemy się do nowych warunków. Myślałem również ostatnio o pokoleniu, które doświadczyło II wojny światowej. Wojna trwała ponad 5 i pół roku! Bardzo trudno mi sobie wyobrazić niemal 6 lat nieustannej obawy o życie i o przyszłość. Jak to się ma do wymogu noszenia maseczek i stania w kolejce do sklepu? Dla mnie ma się tak, że doświadczam na ten moment nowej sytuacji, w której możliwości wyboru aktywności zostały ograniczone do takich, które mogę wykonywać w domu. Niewątpliwie coś tracę, ale trudno mi bez odpowiedniej perspektywy, określić czy to dobrze czy nie. Być może czas przyniesie mi wyraźniejszą ocenę, ale na ten moment staram się na bieżąco sprawdzać jak mi jest w obecnej sytuacji. I mi osobiście jest w porządku. To, co mnie martwi, to stan gospodarki. Martwię się o to, że wsparcie dla przedsiębiorców będzie spóźnione i wiele firm może nie przetrwać kryzysu. Tym niemniej najważniejsze jest to, żebyśmy przeżyli, bo wówczas będziemy w stanie odbudować nasze firmy i całą gospodarkę. Ogólnie więc jestem dobrej myśli.

Dlaczego tyle piszę o sytuacji związanej z koronawirusem, skoro miałem pisać o relacjach? Bo relacje, a także ich jakość, zależą od przestrzeni, w której funkcjonują. I owa przestrzeń zawsze może być wskazywana jako przyczyna słabej jakości naszych relacji. A przecież najłatwiej winić okoliczności, prawda? Mógłbym uznać, że z uwagi na wymuszoną izolację nie mogę poprawić jakości swoich relacji. Podobnie, jak 2 miesiące wcześniej mogłem powiedzieć, że mam do załatwienia zbyt dużo spraw i brakuje mi czasu na zadbanie o relacje.

Zazwyczaj problem przynosi również szansę. Wymuszona izolacja i zwolnienie tempa dają mi z pewnością szansę na przyjrzenie się najważniejszej dla mnie relacji. Tej, od której zaczynają się wszystkie inne: relacji ze mną samym. Bieżąca sytuacja sprawia, że spotykam się sam ze sobą dużo częściej. Zastanawiam się co dla mnie jest ważne, a co mniej ważne, czego mi brakuje, a czego nie, które potrzeby potrafię zaspokajać, a które ignoruję. Świat w jakiś sposób wymusza na mnie przewartościowanie, a przynajmniej zastanowienie się nad tym co na teraz jest dla mnie najważniejsze.

Myślę też obecnie więcej o tym jakie są moje relacje z innymi: czyjej obecności brakuje mi bardziej, a za kim tęsknię mniej. Obecny czas mówi do mnie: „sprawdzam” dla moich relacji. Brak przemieszczania się i naturalnego spotykania się z ludźmi sprawia, że krok w stronę drugiego człowieka wymaga nieco więcej wysiłku, kreatywności, zaangażowania. Dzięki nowej sytuacji wyraźniej zauważyłem u siebie, że wolę, żeby to „ktoś” się do mnie odezwał pierwszy. Ale też po tym, jak to sobie uświadomiłem, łatwiej mi było wziąć sprawy w swoje ręce i zainicjować kontakt. Przyznaję też, że czuję smutek, że niektóre z moich relacji zniknęły i zastanawiam się w związku z tym na ile były bliskie, skoro powiew koronawirusa tak łatwo je zdmuchnął. A może już wcześniej ich nie było, a koronawirus pomógł mi to dostrzec?

Nowe okoliczności są dla mnie nieco przewrotne, nieco inne, nieco odrealnione, ale ilekroć przestaję je obwiniać i nadaję mojej osobistej sytuacji sens, to pojawiają się zaraz możliwe do podjęcia tematy, a za nimi twarze osób, które mi się z nimi kojarzą. Bo w czasach zarazy jedno pozostaje dla mnie niezmienne: nawet siedząc w domu, odizolowany od ludzi, funkcjonuję jednocześnie jako członek społeczności. W innej, przeobrażonej formie, ale jednak. I skoro druga wojna światowa nie zmieniła tego porządku, to zaraza też nie zmieni.

Moim zdaniem bliskość nie jest ograniczona wyłącznie do wspólnej przestrzeni fizycznej. Tak jak dwie osoby mogą być wobec siebie bardzo dalekie przebywając w jednym pokoju, tak większe lub mniejsze skrawki bliskości można uchwycić w słowie pisanym, słysząc wyłącznie czyjś głos, albo rozmawiając przez Internet. Nie twierdzę przy tym, że fizyczna obecność jest czymś do zastąpienia, ale skoro jej nie ma, to czy w ramach procesu adaptacji do obecnych warunków nie warto jej szukać również w innych formach komunikacji? Przeszła mi też przez głowę myśl, że być może wielu ludzi zatraciło umiejętność życia w bliskich relacjach z innymi i obecna sytuacja to szansa na zrobienie kroku do tyłu, by nauczyć się czegoś o sobie i innych: zarówno jeśli chodzi o relacje z najbliższymi, z którymi mieszkamy i przez to spędzamy obecnie znacząco więcej czasu, ale też ze wszystkimi, z którymi jesteśmy na odległość. Niezależnie od tego jaka jest przyczyna tego co się dzieje, jednego jestem pewien: przetrwamy, bo potrafimy się zaadaptować. A my, Polacy, szczególnie. Bo już nie takie czasy przetrwaliśmy.

ROZWIJAJ SIĘ ZE MNĄ I OSOBAMI PODOBNYMI DO CIEBIE
kliknij by poznać szczegóły

 

 

Photo by engin akyurt on Unsplash

Podobał Ci się artykuł? Podziel się nim ze znajomymi 🙂

4 thoughts to “Relacje w rytmie covid-19”

    1. Także przewartościowałam swoje życie. Pogodziłam się z tym, że na wiele rzeczy nie mam wpływu ale na wiele też mam wpływ i właśnie na tym się koncentruje. Zdarzają się słabsze dni, ale też wtedy jakaś cząstka mnie wierzy, że to przejściowe i ta sytuacja dla wielu z nas jest tak samo trudna. Świadomość, że nie jestem sama jakoś mnie uspokaja :))

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *